Portret W rozczochranej głowie Tima Burtona Halloween nie kończy się nigdy. Snują
się w niej złowrogie opary, wyrastają złowieszcze zamki i stare cmentarze,
ludzie noszą tajemnicze maski, Marsjanie atakują Ziemię, a księżyc jest
zawsze w pełni. Tim Burton to bracia Grimm współczesnego Hollywood w jednej
osobie. Jest ostatnim gotycystą, marzycielem i bajarzem, któremu powierza
się wielkie produkcje. Tim pracuje w fabryce wysoko budżetowych snów.
Outsiderów jego pokroju można tam policzyć na palcach dwóch rąk.
"Problem
filmowców z Hollywood polega na tym, że nie wierzą w bajki, które
opowiadają. Dlatego ich bajki nie mają mocy mitu. Mnie pociąga tworzenie
mitów; zawsze wierzę w historie, które opowiadam" - powiada Burton. Wielkie
studia prawdopodobnie chętnie pozbyły się osobnika o tak naiwnym i zarazem
wywrotowym podejściu od kręcenia filmów - gdyby nie to, że ludzie chcą na
nie chodzić.
Chłopiec, który nie dorósł Tim Burton to klasyczny przypadek Piotrusia Pana - chłopca, który nigdy
nie dorósł. Wychowywał się na sielskich, pastelowych i słonecznych
kalifornijskich przedmieściach - kwintesencji idyllicznej Ameryki klasy
średniej. Należał do tych introwertycznych chłopców, którzy trzymają się z
dala od innych, a w najbardziej słoneczne dni zaszywają się na ciemnych
strychach, by snuć posępne marzenia. Ulubionym miejscem zabaw Tima był
cmentarz. Uchodził za dziwaka, chętnie nosił się na czarno. I tak mu już
zostało.
Wielkie oczy Disneya Burton nie ma profesjonalnego wykształcenia filmowego. Zawsze mnóstwo
rysował - jako młody człowiek trafił do wytwórni Disneya jako jeden z setek
animatorów od czarnej roboty - ścibolenia rysunkowych kadrów. Po trzech
latach rysowania klatek jednej z najgorszych kreskówek w historii Disneya
The Fox and the Hound popadł w depresję. Nie udały się też próby
zainteresowania szefów autorskimi projektami Tima. "Wytwórnię Disneya i mnie
dzieliły fundamentalne różnice. Można to ująć tak: ja lubiłem ostre, cienkie
linie, oni miękkie i zaokrąglone. Disney uwielbia wielkie okrągłe oczy. Ja
uparcie rysowałem postacie, które w ogóle nie miały oczu". Przełożeni
pozwolili mu zrealizować tylko jeden samodzielny projekt. Miał to być film
dla dzieci o psie. Tim zrobił opowieść o psim Frankensteinie, pooranym
szwami i bliznami bullterierze imieniem Frankenwinnie. Film oczywiście nigdy
nie trafił do kin.
Burton musiał poczekać jeszcze parę lat, żeby pokazać co naprawdę
potrafi. Wolną rękę dali mu ludzie z Warner Bros i Burton nakręcił
Sok z
żuka. Film był dziwaczny, ale chwycił: księgowi z Warnera podliczyli
kasę z pierwszego tygodnia wyświetlania i pozbyli się wątpliwości: Timowi
zaproponowano wyreżyserowanie Batmana - reszta, jak to się
mówi, jest historią.
Lunapark gotycki Kino Tima Burtona to gotycki lunapark, coś w rodzaju fun hause'u z
Wesołego (?) Miasteczka. Burton lubi camp; chętnie igra z kiczem -
oczywiście zachowuje do kiczu minimum ironicznego dystansu, ale tylko po to,
by móc cieszyć się jego pięknem. Burton jest nieślubnym wnukiem
Beli
Lugosiego i filmów fantastycznych klasy B z lat 50. z ich naiwnymi
cudami. Nie bez powodu przypomniał światu groteskowo-tragiczną postać
Ed
Wooda, twórcę najtańszych z tanich horrorów i filmów s-f, człowieka,
który zasłynął jako najgorszy reżyser wszech czasów. Wytwory Ed Wooda czy
produkcje brytyjskiej wytwórni Hammer są dziś pozycjami kultowymi, bo
reprezentują wyobraźnię uwolnioną z okowów dobrego smaku. Burton z czułością
kontynuuje tę estetykę, tyle że w odróżnieniu od Eda Wooda potrafi nad nią
panować - samoświadomość pozwala mu zmieć kicz w styl.
Młodzieniec melodramatyczny Świat
Burtona jest przestylizowany, przesadny, romantyczny.
"Byłem bardzo
melodramatycznym młodzieńcem. Widziałem świat w sposób niesłychanie
melodramatyczny, przesadzony." - mówi reżyser i chyba ma na myśli nie tylko
przeszłość. Tim jest eskapistą: szuka czegoś tajemniczego, poetyckiego,
niezwykłego pod powierzchnią banału przedmieścia. Jest w tym bliski
Davidowi Lynchowi, tyle że Lynch poszukuje drugiego dna rzeczywistości w
niebezpiecznych zakamarkach podświadomości, a Burton woli wyestetyzowane
marzenia. W jego filmach jak grzyby po deszczu wyrastają gotyckie zamczyska,
zarośnięte pajęczynami domy, snują się mgły, Marsjanie strzelają ze
staromodnych laserów przypominających pistolety na wodę, a
Człowiek-Nietoperz pojawia się na tle księżyca w pełni. Czasem, jak w
Batmanach, Jeźdźcu bez głowy i Miasteczku Halloween Burton
ucieka w zupełnie wyimaginowane rzeczywistości. Innym razem zatrzymuje się
na granicy dwóch światów - tak jak w Edwardzie Nożycorękim, w którym
tajemnicze zamczysko stoi na samych obrzeżach najzwyklejszego przedmieścia.
Burton lubi wymyślać światy - wystarczy spojrzeć na którykolwiek z nich, aby
się o tym przekonać. Jego wizje są niezwykle plastyczne i dopracowane; spala
się w projektowaniu wspaniałych scenografii i kostiumów. Kręci filmy
fabularne, ale myśli jak animator - opracowuje starannie każdą z 24 klatek,
które składają się na sekundę projekcji. Nic dziwnego, że podjął się
realizacji nowej Planety Małp - tego typu produkcja daje
nieograniczone możliwości urzeczywistniania swoich fantazji i tworzenia
kreacji totalnych.
Baśniowe scenerie Burtona zaludniają outsiderzy i ekscentrycy - heros
Batman czy fantasta Ed Wood, zawsze są to osobnicy, którzy nie
potrafią zmieścić się w prozaicznych realiach. Są to postaci zrodzone w
wyobraźni i, co ważniejsze, żyjące w świecie wyobrażonym. Dlatego nie bardzo
mogą dogadać się z realnymi ludźmi. Ich kwintesencją jest Edward Nożycoręki
- Burton nigdy nie ukrywał, że to bohater, którego stworzył na swój obraz i
podobieństwo. A było to tak:
Pewnego razu na wysokim wzgórzu stał zamek. Mieszkał w nim wynalazca.
Jego największy wynalazek miał na imię Edward. Choć Edward posiadał
nieodparty urok osobisty, nie był doskonały. Kiedy wynalazca niespodziewanie
umarł, Edward nie był jeszcze skończony - zamiast dłoni miał stalowe ostrza.
Odtąd mieszkał samotnie w ciemnym zamku, aż do dnia, w którym miła pani
zabrała go domu, aby zamieszkał z jej rodziną. I tak zaczęły się
fantastyczne przygody Edwarda w pastelowym raju, zwanym Przedmieściami.
autor: Stach Szabłowski
|